Zerknij na zero – czyli książka, która nie udaje podręcznika

Dlaczego książka o zerze na blogu o liczydle?

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że „Skąd się wzięło zero” Dariusza Kulmy nie do końca pasuje do bloga poświęconego w dużej części sorobanowi. Przecież to nie jest książka o japońskim liczydle, tylko o matematyce jako takiej – historii, ideach, ludziach, wzorach. Ale im dalej w lekturę, tym więcej widzę, jak bardzo to wszystko się łączy.

Bo bez rachunków ani rusz

Rachunki przewijają się przez każdą dziedzinę matematyki. Są wszędzie – w algebrze, geometrii, statystyce, analizie. Zawsze trzeba coś sprawdzić, przeliczyć, udowodnić albo… przynajmniej przekonać się, czy liczby się zgadzają. I choć „Skąd się wzięło zero” to książka do czytania, to tak naprawdę – bez liczenia będzie to tylko połowa przyjemności.

Autor zachęca, żeby nie tylko chłonąć treść, ale też czasem się zatrzymać i coś policzyć samemu. Sprawdzić, przemyśleć, wyciągnąć własny wniosek. I do tego można śmiało użyć sorobanu, yupany, sangi albo nawet… kalkulatora (choć tu lojalnie uprzedzam – nie będę nikogo do tego namawiać). Co kto lubi. Ważne, żeby nie tylko czytać, ale też trochę poćwiczyć głowę. Bo wtedy ta książka zyskuje zupełnie inny wymiar.

Skąd u mnie książka

Wpałda mi w ręce, a właściwie… nie tyle „wpadła”, co została mi wręczona osobiście przez autora – z dedykacją. Miałem wtedy okazję odwiedzić Elitmat – miejsce, w którym dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy związane z edukacją matematyczną. Przy okazji mogłem zobaczyć studio nagraniowe i sale konferencyjne. Robi to wrażenie – wszystko wygląda bardzo profesjonalnie i nowocześnie. Widać, że nie tylko sama książka jest efektem pasji i zaangażowania, ale i całe zaplecze działa na wysokim poziomie.

Nikt nic nie pisze? To może coś skrobnę

Książka „Skąd się wzięło zero” jest już dostępna na rynku od lutego – i co ciekawe, do tej pory nie znalazłem w internecie żadnej recenzji. Żadnej opinii, żadnych komentarzy. Cisza. A szkoda, bo to naprawdę wartościowa i zaskakująco przyjemna lektura. Więc skoro nikt nie pisze – to ja coś napiszę.

Wiem, że wielu nauczycieli już sięgnęło po tę książkę – część z nich nabyła ją podczas XXXIII Krajowej Konferencji Stowarzyszenia Nauczycieli Matematyki w Szczecinie. To tylko kolejny dowód na to, że warto być częścią takiej społeczności – wymiana doświadczeń, nowinki edukacyjne i inspirujące materiały naprawdę krążą w dobrym towarzystwie. Jeśli ktoś jeszcze się nie zapisał do SNM – serio warto to rozważyć (więcej: https://snm.edu.pl).

Co więcej – dzięki hojności autora, książka trafiła również w ręce zwycięzców XI Mistrzostw Polski w Obliczeniach na Sorobanie w kategorii Ekspert. Miły, symboliczny gest, który pokazuje, że Kulma nie tylko pisze o liczbach, ale też realnie wspiera edukację i rozwój młodych pasjonatów matematyki.

O czym właściwie jest ta książka?

To nie jest podręcznik ani książka dla wybrańców. Bardziej przypomina dobrą rozmowę – o tym, skąd się wzięły różne matematyczne pomysły, które dziś bierzemy za pewnik. Jest coś o Pitagorasie, coś o liczbie π, złotej proporcji, kryptografii, logice, nieskończoności… Tematy, które niby wszyscy znamy – coś się tam przewinęło na studiach, coś może na wykładzie z historii matematyki. Ale prawda jest taka, że w codziennej pracy rzadko się nad tym zatrzymujemy. Zaganiani, między domem i pracą, często zapominamy, jak wiele zawdzięczamy ludziom, którzy kilkaset lat temu głowili się nad problemami, które dziś rozwiązujemy jednym kliknięciem.

Do tego – i to warto podkreślić – książka jest ciekawie złożona graficznie. Treść wzbogacają kolorowe ikony, które zgodnie z nowymi trendami celują w gusta odbiorców przesiąkniętych estetyką social mediów. Jest lekko, przejrzyście i nowocześnie. Nawet jeśli temat bywa poważny, forma nie przytłacza. Czasem wręcz ma się wrażenie, że przegląda się dobrze zaprojektowaną prezentację albo edukacyjny post na Instagramie – tylko że treść tu jest o wiele głębsza. Bibliografia na końcu książki, to dowód na to, że autor traktuje swoich czytelników poważnie – i nie pisze „z głowy”, tylko z solidnym przygotowaniem.

Co może nie każdemu podejść

Choć jak już napisałem, książka „Skąd się wzięło zero” jest przystępna i dobrze napisana, warto uczciwie dodać, że każdy czytelnik patrzy przez nieco inny filtr. To, co dla jednych będzie atutem, inni mogą odebrać inaczej – i to zupełnie naturalne. Dlatego kilka rzeczy może po prostu zaskoczyć lub wymagać oswojenia:

Momentami wymaga skupienia
Mimo lekkiego stylu i wielu ciekawostek, niektóre rozdziały sięgają po trudniejsze pojęcia matematyczne. To świetna okazja do pogłębienia wiedzy, ale młodsi czytelnicy lub osoby bez matematycznego „zacięcia” mogą potrzebować więcej czasu na przyswojenie treści.

Niektóre wątki są zasygnalizowane, a nie rozwinięte
Autor świadomie postawił na szeroką panoramę tematów, co pozwala zobaczyć matematykę z różnych stron. Ale właśnie przez to niektóre zagadnienia potraktowane są skrótowo – co może pozostawić pewien niedosyt u tych, którzy chcieliby więcej „wejść w temat”.

Forma graficzna – nowoczesna, ale nietypowa jak na książkę
Kolorowe ikony, przejrzyste sekcje, wyraźne wyróżniki – to wszystko sprawia, że książka wygląda świeżo i bardzo współcześnie. Większość czytelników doceni ten zabieg, szczególnie ci oswojeni z estetyką social mediów. Ale ktoś przyzwyczajony do klasycznej formy książki popularnonaukowej może być lekko zaskoczony tym formatem.

Bibliografia – tak, ale bez przypisów w treści
Na końcu książki znajduje się bibliografia – co zdecydowanie warto docenić. Brakuje natomiast przypisów bezpośrednio w tekście, co może utrudnić szybkie sprawdzenie źródeł poszczególnych ciekawostek. Dla niektórych to drobiazg, ale bardziej dociekliwi czytelnicy mogą to zauważyć.

A gdzie liczydło?

No i wracamy do pytania z początku. Brakuje mi w tej książce jednego rozdziału. Tego, który – moim zdaniem – powinien nosić tytuł „Skąd się wzięło liczydło?” Bo skoro mówimy o początkach liczenia, o historii cyfr, systemów, symboli i rachunku, to abaka pominąć się po prostu nie da.

Ale… coś mi mówi, że to wcale nie był przypadek. Darek dobrze wiedział, co robi. Nie chciał wchodzić w moje kompetencje – i ja to ogromnie szanuję ;).

Zresztą, podarowałem mu jakiś czas temu egzemplarz mojej książki „Soroban. Konteksty. Teoria. Praktyka.” (https://ksiazka.akademiasorobanu.pl) jako prezent – tak na wszelki wypadek, gdyby miał pokusę coś tam o liczydle jednak dopisać. Może i z tyłu głowy miał pomysł, by dorzucić kilka stron o sorobanie, o japońskich dzieciach przesuwających koraliki z prędkością światła… Ale nie – odłożył temat z klasą. Uznał, że temat jest już ujęty gdzie trzeba – i że nie ma sensu dublować treści:).

I bardzo dobrze. Wychodzi na to, że się uzupełniamy. On pisze o zerze, liczbach i ciekawostkach ze świata matemaytki, ja o liczydle i współczesnym (i nie tylko) liczeniu rękami, koralikami i głową. W sumie, jak się nad tym zastanowić – to taka nieformalna kooperacja edukacyjna, tylko bez wspólnego rozdziału :).

Pora na podsumowanie

„Skąd się wzięło zero” to książka dla tych, którzy lubią wiedzieć, skąd się coś wzięło. Dla tych, którzy nie boją się czasem czegoś nie zrozumieć za pierwszym razem.
Dla tych, którzy lubią łączyć ciekawość z odrobiną wysiłku intelektualnego. I wreszcie – dla tych, którzy chcą sobie przypomnieć, że matematyka to nie tylko narzędzie, ale także piękna historia ludzkiego wysiłku, myślenia i dociekliwości. To książka do czytania „z ołówkiem w ręku” – albo z liczydłem pod palcami.
Nie przytłacza, nie moralizuje, nie udaje, że wszystko jest łatwe. Ale jednocześnie otwiera oczy i pokazuje, że matematyka ma duszę – a nawet poczucie humoru.

Zdecydowanie warto ją przeczytać. Nie dlatego, że wypada. Tylko dlatego, że po prostu przyjemnie się ją czyta. Dla nauczycieli, uczniów, olimpijczyków i… wszystkich tych, którzy po prostu lubią dobrze opowiedziane historie. Nawet jeśli są o liczbach.

Książkę można bez problemu kupić w popularnych księgarniach internetowych.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

− 1 = 2
Powered by MathCaptcha

Przewijanie do góry