Nie zabrałem sorobanu na wyprawę dla żartu, ani jako maskotki. Zabrałem, bo wiem, że kiedy wychodzę na szlak, mimowolnie zaczynam… liczyć. Zazwyczaj po cichu, w myślach, ale gdy idę z dziećmi – głośno. Nie z przymusu, z potrzeby porządkowania świata. Liczenie to odruch, taki sam jak poprawienie paska plecaka czy sprawdzenie, czy termos jeszcze chlupie.
Na jeden z wakacyjnych spacerów wybraliśmy coś spokojnego, z miękkimi podejściami i bliskością lasu – taką trasę, którą można przejść z rodziną, a przede wszystkim dostosować do Antka (zawsze planujemy pod niego). Niby prosta, ale jak się później okaże – pełna własnych wyzwań.
Ojców – Jaskinia ciemna – Góra Okopy – Ojców.

Ojców
Ruszamy z Ojcowa. Są różne wersje, skąd wzięła się nazwa „Ojców” – jedna mówi, że Kazimierz wzniósł zamek „dla obrony Ojca” (Ojczyzny), inna, że w chłodzie swojemu ojcu, a jeszcze inna, że od pobliskiej kaplicy. Może wszystkie wersje zawierają ziarno prawdy. W każdym razie – dzieci nie pytają.

Pierwszy przystanek: Skała Krukowskiego.
Nazwana na cześć botanika, który znał te okolice lepiej niż niejedna sowa. Ala próbuje wchodzić na głaz. Antek nie ma odwagi. Nas to nie dziwi. Ot, normalna sprawa.
– Tato, a ile to metrów?
– W pionie? Może pięć.
– A w poziomie?
– A w poziomie to sobie policz – mówię.
I przelicza, ale po swojemu. Liczy kroki. Dalej idziemy lekko pod górę w stronę Jaskini Ciemnej. Oprowadza po niej przewodnik z latarką i krótką opowieścią o czasach, kiedy w jaskiniach mieszkało się nie z wyboru, tylko z braku wyboru. Zatem przed wejściem czekamy na przewodnika. Jeszcze 6 minut i 23 sekundy, według mojego zegarka.
– A wiecie, ile to sekund? – pytam.
Umiem policzyć w pamięci, ale dla Antka wyciągam soroban. 6 minut to wiadomo – 360 sekund. I jeszcze 23 sekundy, więc razem 383 sekundy. Właściwie już tylko 310 sekund, bo trochę czasu zajęło nam liczenie. Po co to? Przecież nie po to, żeby było potrzebne. Ale skoro już czekamy…, to niech będzie to dobrze spędzony czas.

Jaskinia ciemna
W jaskini jest chłodno i przyjemnie. Przed nami do jaskini weszło około 15 osób, my na końcu. Antek wchodzi ostatni z głową lekko w dół i ręką przy ścianie. Niepewnie i uważnie. Zapala swoją latarkę, ale przewodniczka prosi, aby ją zgasić. No trudno, gasi. Słuchamy opowieści o mieszkańcach jaskini, o nietoperzach i studentach, którzy w ramach praktyk szukają w niej śladów dawnych mieszkańców. Jaskinia ma 90 metrów długości i miejscami ok. 20 metrów szerokości. A więc znów atakują nas liczby. Mam ochotę coś policzyć, ale jest ciemno i tu soroban się nie przyda. Po wyjściu dopada nas gorące powietrze, które w porównaniu z 8 stopniami Celsjusza w jaskini parzy niemal jak wrzątek. Po chwili łapiemy rytm.
Góra Okopy
Idąc dalej pniemy się na Górę Okopy – najwyższy punkt Ojcowskiego Parku Narodowego (535 m n.p.m.). Podejście dla przeciętnego turysty jest niewinne, ale Antek traktuje je poważnie. Trochę narzeka, ale idzie. Z mapy wynika, że mamy do przejścia jeszcze jakieś 700 metrów z hakiem. Może zajmie to kwadrans, może więcej – zależy, kto niesie plecak. Liczymy: 700 ÷ 15 = nieco poniżej 50 metrów na minutę. Antek zwykle daje z siebie około 6 minut marszu, zanim padnie klasyczne „ile jeszcze?”. 50 × 6 = 300. A więc po drodze będą 2-3 postoje. Pierwszy raz siadamy po jakichś 250 metrach – Antek zgłasza kamień w bucie, a ja natychmiast solidarnie „też coś czuję”. Przy okazji w ruch idą kanapki. To już drugie podejście do prowiantu, zostało go niewiele. Próbujemy się nimi podzielić.
– Ja chcę pół z serem – mówi córka.
– A ja ćwiartkę – rzucam. Jest młoda, potrzebuje więcej niż ja. Niech je. Antek ma swoje jedzenie, bezglutenowe. Jemu nikt nie podjada.
Głośno myślę: 0,5 + 0,25 = 0,75. Zostało 1/4 kanapki. Czyli tyle, ile nikt już nie chce, ale wszyscy się na nią gapią. Przy okazji moja woda w termosie też się kończy. Zostało może 2/5 z 750 ml. 750 × 0,4 = 300 ml. Do końca trasy jakieś 4 km. Piję ok. 100 ml na kilometr. Będzie potrzeba ok. 400 ml. Brakuje setki, to nie dramat, ale warto wiedzieć. Polecam sprawdzić pozostałym zapasy i też przeliczyć rozsądne porcjowanie. Swoje obliczenia wykonuję na głos, aby dziatwa słyszała. Antek się cieszy – będzie szukać źródełka. Brak wody tworzy w jego głowie nową misję. Jest misja – jest cel. Z celem łatwiej przesuwać się do przodu. A po drodze na szczyt i na górze czekają na nas piękne widoki i… kozy.



Brama krakowska
Ze szczytu schodzimy w kierunku Ojcowa. Las robi się niższy, a słońce mocniej grzeje. Po chwili jesteśmy przy Bramie Krakowskiej. To dwie wapienne kolumny, które przypominają bramę.
– Tato, ile tu jest między tymi kolumnami? – pyta Antek.
– Sprawdzałem wcześniej – osiem moich kroków. – odpowiadam. Byłem tu już kilka razy, więc dobrze to to pamiętałem.
– A moich?
No to liczymy. Mój krok to około 75 cm. 8 × 75 = 600 cm. Antek ma krok mniej więcej 50 cm. 600 ÷ 50 = 12.
– Czyli ja zrobię dwanaście?
– Teoretycznie tak.
– To policzę.
I poszedł sprawdzić, czy tata ma rację. Nie miał. Liczenie pojawiło się tak po prostu – z nienacka i nieplanowane.

Powrót
Po powrocie czekały dla nas lody i ławki w cieniu. Ja w tym czasie przeliczam już w głowie: ile zrobiliśmy kilometrów, ile zjedliśmy, ile razy udało się uniknąć „nieporozumień” dzięki temu, że ktoś coś po prostu przeliczył. I liczę też – oczywiście – ile wydaliśmy na benzynę, bilety, parking i przyjemności. Dobrze to wiedzieć, bo jutro portfel musi zorganizować kolejny dzień. Ale do tych poważniejszych rachunków na parkingu wyciągnąłem soroban. Po wszystkim wylądował ponownie w plecaku.

Znowu czekał na swój czas. I wiecie co? To właśnie te momenty, kiedy coś się przelicza tak mimochodem, bokiem, przy okazji – zostają najdłużej. Nieplanowane lekcje matematyki. Tylko te, które się wydarzyły. Tak po prostu. Między krokami na szlaku.
