Dwa prezenty książkowe
Książkę o japońskich manierach dostałem w prezencie od znajomej z Japonii. To kolorowy komiks o Chibi Maruko-chan. Z początku potraktowałem go jako ciekawostkę kulturową, z którą się zapoznam, ale bez planów na dłuższą refleksję. Miałem nawet w głowie, że może coś o niej napiszę – ale zwlekałem. Czekałem na właściwy moment, ale ten nie nadchodził. W końcu przyszedł, gdy wyjałem ze skrzynki na listy prezent z dedykacją od Anny Sowińskiej, osoby, która od lat inspiruje nauczycieli do pracy z planem daltońskim – coś mi się połączyło. Dwie książki, dwa światy, wspólny mianownik. Z jednej strony – japońska Maruko, która uczy się, jak być częścią wspólnoty, jak dbać o innych i o swoje obowiązki. Z drugiej – Zosia, polski przedszkolak, który uczy się ufać sobie i działać krok po kroku, bez wyręczania. Zobaczyłem wyraźnie, że obie książki mówią – na swój sposób – o samodzielności dziecka. O tym, że trzeba mu stworzyć warunki, żeby samo chciało spróbować.Ten wpis to próba spojrzenia na te dwie opowieści razem – oczami nauczyciela sorobanu, ale też taty. Bo obie książki – choć nie o liczeniu – bardzo mocno wpisały się w to, co robię na co dzień. I w to, co obserwuję – na sali, w domu, w małych codziennych momentach życia.


Dzieci czekają, aż ktoś pomoże
Zacznę od swojego miejsca pracy, bo tak mi łatwiej. Tam spotykam się z dużą różnorodnością zachowań dzieci i dostrzegam ich wspólny mianownik. Na początku na zajęciach sorobanu wszystko wygląda dość podobnie. Nowy uczeń wchodzi do sali. Wchodzi niepewnie, czasem z wypiekami na twarzy lub zawstydzeniem. Siada w ławce i… czeka. Rozgląda się, nieśmiało zerka, co robią inni. Spogląda na nas pytająco: „Co teraz? Co mam robić?”. Podchodzimy, podajemy liczydło i zeszyt ćwiczeń. Podajemy ołówek i udzielamy instruktażu.
Tak każdy zaczyna i nie ma w tym nic złego. Dla wielu dzieci nasze zajęcia to pierwsze spotkanie z japońskim trybem pracy – nowym, trochę innym niż ten, który znają. Jeszcze nie wiedzą, że mogą same. Jeszcze się tego uczą. Dla niektórych jest to pierwsze spotkanie z samodzielnością w ławce. Samodzielnością, której często brakuje w rzeczywistości edukacyjnej przedszkolnej czy też szkolnej, w jakiej poruszają się na co dzień. Tam często ramy organizacyjne placówki i przyjęty styl pracy ogranicza samodzielność.
Jednak czas płynie i coś zaczyna się zmienić. Czasem szybciej, czasem dopiero po kilku tygodniach. Z radością obserwujemy, że początkowo zagubione dziecko wchodzi i zajmuje miejsce przy stoliku. Wyjmuje liczydło. Otwiera zeszyt, znajduje stronę na której skończyło i wybiera kolejne zadanie. Gdy jest bardziej zaawansowane i ma za sobą elementarny kurs, sięga na półkę z arkuszami zadań i wybiera jeden dla siebie. Bierze stoper, nastawia wymagany czas i pracuje. Czasem zaczyna liczyć zanim jeszcze zajęcia się oficjalnie rozpoczną. Podnosi rękę, gdy ma problem lub skończyło. Nie chodzi tu o wyścig czy o tempo. Chodzi o to, że dziecko przejmuje odpowiedzialność za to, co robi. Po prostu wie, po co tu jest. To już nie jest tylko nauka liczenia czy uczenia się. To nauka samodzielności. Ale aby to było możliwe, aby zadziało się, to trzeba cofnąć się do wcześniejszego etapu, chyba najważniejszego. Tego, w którym osadzona jest bohaterka wykreowana przez Annę Sowińską.
Zosia – mała bohaterka dużych zmian
Książką Anny Sowińskiej pt. „Bajka o Zosi, która nauczyła się być samodzielna” zainteresowałem się z racji wprowadzania swojego syna Antosia w świat samodzielności. Książka jest adresowana do przedszkolaków. Mój syn ma już ten etap za sobą. Jednak stwierdziłem, że z powodu jego deficytów rozwojowych jej treść może być dla niego i dla nas – rodziców, wartościowa. Przeczytałem książkę i myślę, że ona jest też – a może przede wszystkim – dla dorosłych, którzy chcą zrozumieć dzieci mające problem z samodzielnością albo stawiające w niej pierwsze kroki.
Zosia patrzy, nie wie, czy da radę. Trochę się boi, że się pomyli, że coś źle zrobi. Trafia do przedszkola, które daje dzieciom przestrzeń do tego, żeby spróbowała sama. I nie chodzi o to, że od razu wszystko robi idealnie. Chodzi o to, że ma prawo próbować, mylić się, poprawiać, iść dalej. Nikt nie stoi nad nią z gotową odpowiedzią. Nikt nie odbiera jej szansy poczuć, że coś naprawdę zrobiła sama.
Zosia dostaje prosty kalendarz. W nim kolory i zadania. Ot, zwykła codzienność – ale ułożona w bardzo pomysłowy sposób tak, by uczyć. Nie tylko tego, że coś trzeba zrobić. Książka pomaga znaleźć też odpowiedź dlaczego, kiedy i co z tego wynika. Czyli tak naprawdę Zosia uczy się myślenia przyczynowo-skutkowego oraz… refleksji. Zaczyna rozumieć, że ma wpływ na to, co się za chwilę wydarzy. Że jej działania mają konsekwencje. Że jeśli czegoś nie zrobi, to ktoś inny będzie musiał to za nią zrobić. W końcu uczy się, że może zrobić to dla siebie, ale również dla innych.
Brzmi znajomo? Dla mnie bardzo. Książka wydaje się być niepozorna, ale jakże ważna – nie tylko dla mojego syna. Bo Zosia jest trochę jak te dzieci, które przychodzą do nas na pierwsze zajęcia sorobanu. I u niej, i u naszych uczniów zachodzi podobna przemiana. Dzieci, które wcześniej czekały na każde słowo, teraz samodzielnie decydują, co robić, kiedy robić, kiedy odpocząć i złapać oddech. Zdarza się, że któreś dziecko samo z siebie nachyla się do kolegi i mówi: „Tu masz błąd – chcesz, to ci pokażę”. I nagle mamy nie tylko naukę liczenia. Mamy współpracę. Mamy dziecko, które zauważa inne dziecko i decyduje się pomóc. Staramy się dawać dzieciom taką bezpieczną przestrzeń na lekcjach sorobanu i czekamy cierpliwie, aż przyjdzie ich moment. Nauka samodzielności to ważny element edukacji w stylu Ishido-Shiki.



Maruko – gdy samodzielność wychodzi poza dom
Z czasem świat dziecka robi się szerszy. Nie jest nim już tylko dom, przedszkole, czy sala zajęciowa. Pojawia się szkoła, grupa rówieśnicza, a wraz z nią szersze i inne zasady. I wtedy przychodzi na myśl druga książka – z Japonii. „Chibi Maruko-chan. Maniery i zasady”. To komiks. Wiemy, że Japończycy kochają komisy, więc taka forma nie dziwi. A w komiksie zabawna i urocza bohaterka zderza się z japońską codziennością. Im dłużej myślę o tym komiksie, tym więcej tam znajduję. Bo to książka nie o „grzecznym zachowaniu”, ale o samodzielności i myśleniu o innych. O tym, że w grupie nie jesteśmy sami. Że nasze „ja” musi się jakoś zmieścić obok cudzego „ja”.
Maruko uczy dzieci, że dobrze jest powiedzieć „dzień dobry” z sercem, nie z automatu. Że warto pomóc komuś posprzątać, nawet jeśli to nie nasze zadanie. Że można się pomylić – i to też jest w porządku, o ile potrafimy się do tego przyznać i przeprosić. To niby oczywiste rzeczy, ale podane w ciekawej obrazkowej formie zostają w głowie na dużej. Dzieci to rozumieją, bo jest prawdziwe. Wiele mówi się, że w Japonii spotykamy się z dużą kulturą. Jeśli dzieci od najmłodszych lat mogą się edukować w tak szerokim zakresie tematycznym z dobrych manier, jak pokazane jest to w książce, to wcale nie powinno to dziwić.


Samodzielność nie przychodzi na zawołanie
Wejście w samodzielność trudno jest przyspieszyć „na siłę”. Nie da się tego narzucić. Ale da się ukierunkować działania na nią – i warto stworzyć warunki, w których to wszystko ma szansę się zadziać. Samodzielność, odpowiedzialność, współpraca, refleksja – brzmi to, jak słowa z jakiegoś poradnika dla nauczycieli. A to założenia planu daltońskiego, który daje przestrzeń do właściwego rozwoju dziecka. Bo kiedy nagle widać to wszystko na sali przedszkolnej, na boisku, w szkole, na zajęciach dodatkowych, to znak, że dziecko rozwija się społecznie jak należy.
Zosia mi wytłumaczyła
Czytając książkę o Zosi zdawałem sobie sprawę, że zaprezentowane tam rozwiązania trudno przenieść na zajęcia sorobanu. Tu jest zupełnie inna specyfika zajęć, inny, mniej swobodny rytm i nieco starsze dzieci. Wiele z tych pierwszych kroków, które robi Zosia – jak samodzielne ubieranie się, porządkowanie rzeczy, zaznaczanie obowiązków – mają już za sobą. Na naszych zajęciach jesteśmy o krok dalej. Dzieci uczą się pracy z narzędziem, planowania nauki. Uczą się działania w rytmie japońskim. Ale mimo to dzięki książce lepiej zrozumiałem tych uczniów, którzy dopiero zaczynają. Tych, którzy siadają w ławce i czekają. Widzę w nich Zosię.
Ta książka nie mówi mi, co dokładnie robić na zajęciach – ale pomaga mi patrzeć na dzieci z większą uważnością. Z większym zrozumieniem dla ich niepewności. Z cierpliwością wobec ciszy, która pojawia się, zanim dziecko zacznie działać samo. I choć nie wprowadzę na salę kolorowych kalendarzy z obowiązkami, to od tej pory z większą czułością będę zauważał, kto jeszcze nie wie, że może działać sam. Zrozumiałem, że właśnie na tych dzieciach trzeba skupić się najbardziej.
Zupełnie inaczej czytałem ją jako tata. Bo Zosię zobaczyłem nie tylko w moich uczniach – ale też w moim własnym synu. Antoś jest jeszcze na początku tej drogi. Wiele z tych codziennych kroków – które inne dzieci mają już za sobą – on dopiero stawia. Książka o Zosi jest więc dla mnie inspiracją rodzicielską. Zrozumiałem, że wiele z tych prostych rozwiązań – rytm dnia, przewidywalność, konkretne obowiązki, które dziecko może „odhaczyć” – naprawdę działa. Dlatego zaproponowane przez autorkę rozwiązania wdrożymy w domowy rytm edukacyjny. Mam nadzieję, że z powodzeniem. Książka zostaje ze mną dłużej, bo celnie trafiła w dwa miejsca jednocześnie. W salę zajęć i w dom.
Polecam przeczytanie tej książki każdemu, kto pracuje z dziećmi. Z nową dla siebie sytuacją spotykają się one za każdym razem, gdy zmieniają środowisko nauki: od przedszkola przez edukację wczesnoszkolną, starsze klasy szkoły podstawowej aż po szkołę średnią. I za każdym razem mogą czuć się niepewnie, jak Zosia. Trzeba to dostrzec, trzeba zauważyć i dać bezpieczną przestrzeń do budowania samodzielności.

Karolu bardzo ci dziękuję za wnikliwe przeanalizowanie treści bajki i przepiękne połączenie jej na każdego z odbiorców, do których chciałam ją skierować: rodziców, dzieci i nauczycieli.
Ta uważność na drugiego człowieka, a przede wszystkim dziecko, która miała Helen Parkhurst twórczyni systemu jest warta rozpowszechniania, bo mimo, że ma 100 lat nadal działa. To zestawienie z książką o małej, japońskiej dziewczynce wzruszyło mnie. To właśnie z rąk cesarzowej Japonii Helen otrzymała 🥇 medal za zmiany edukacyjne w jej kraju.
Wszystko się ze sobą łączy ♥️
Dziękuję 🌸🤗